Feeds:
Wpisy
Komentarze

Wreszcie! Wreszcie udało mi się ‚upolować’ „Rhythms, Resolutions & Clusters” – i to nawet nie na ebay’u ale naszym Allegro. Dość dawno już tej płyty nie słuchałem, więc tym bardziej byłem ciekaw swoich wrażeń. Dawno, dawno temu bardziej lubiłem „Remixed” – płytę z remiksami (kto by się domyślił po tytule) z „Millions Now Living Will Never Die” a teraz…

A teraz „Rhythms…”, słuchana z perspektywy kilkunastu lat od wydania (1995), okazała się dużo lepsza. Wszystkie remiksy / wersje utworów z debiutanckiej płyty „Tortoise” (1994), ułożone w jedną opowieść (na CD to pojedynczy track trwający prawie 33 minuty) bronią się znakomicie ukazując surowe piękno pionierskich lat post rocka.

Zaczyna John McEntire perkusyjnymi improwizacjami – dubowy charakter całości pokazuje jedną z inspiracji klasycznych post rockowców na początku ich drogi. Następna część, należąca do Ricka Browna, przenosi ciężar całości w stronę improwizującej na tle minimalistycznie transowej struktury gitary, podczas gdy Casy Rice topi gitary w pogłosach i delayach tworząc odrealnioną, marzycielską atmosferę. Następny jest Steve Albini. Ja nie wiem, jak udało im się namówić go na remiks – przecież ten koleś ma pierdolca na punkcie ‚żywego’ grania. Ale namówili a Albini, używając field recordingu i muzyki stworzył post rockową wersję ‚Alan’s Psychedelic Breakfast’. Bardzo udaną rzecz jasna. Brad Wood kontynuuje klimat transowych repetycji zapoczątkowany przez guru noise rocka biorąc ‚na warsztat’ jeden z moich ulubionych basowo – perkusyjnych motywów Tortoise. Bundy K. Brown wprowadza trochę fermentu swoją wersją najpierw przenicowując muzykę a następnie rozkołysując ją funkowymi rytmami i (o zgrozo!) saksofonem. Tak pewnie brzmiało by Tortoise, gdyby grali w lokalach z potańcówkami. Jim O’Rourke wycisza puls muzyki oferując łagodny dronowy dryf z jawy w sen.

Cały krążek oferuje prosty acz pełny aromat żywności nieprzetworzonej i niemodyfikowanej genetycznie. Nie można zapomnieć o klasycznej kartonowej okładce z FireProof Press, a sama forma połączenia różnych klimatów poszczególnych remiksów w jedną opowieść zdaje się zapowiadać kluczowy utwór z „Millions Now…” – ‚Djed’.


„Remixed” – kiedyś darzona przeze mnie większą atencją, po latach fascynuje jakby mniej. Zawierająca wersje utworów z najlepszej, moim zdaniem, drugiej płyty Tortoise (wspomniane wcześniej „Millions Now…” z 1996 roku), nie zawsze potrafi utrzymać uwagę i przez swój charakter bardziej luźnego zbioru remiksów traci czasami ‚sfokusowanie na targecie’.

Rozpoczynający kartę dań U.N.K.L.E. dodając sample ze Steve’a Reicha demaskuje pokrewieństwo Tortoise z koncepcjami pioniera minimal music (swoją drogą wystarczy posłuchać „Music For 18 Musicians” Reicha by wiedzieć, skąd nasi dzisiejsi bohaterowie wzięli koncepty początków swojej działalności). Cały utwór jednak nie fascynuje i nie wprowadza w trans – mam wrażenie pewnego bałaganu raczej niż konsekwentnie prowadzonego pomysłu. Następnie podpora Tortoise, czyli John McEntire. Czuć pewne podobieństwo z konceptem pracy Johna z „Rhythms…”, choć tym razem więcej przypraw. Utwór zdecydowanie lepszy niż poprzedni, choć i on, niestety, nie jest wolny od grzechów miałkości. Kolejne dwie potrawy to dzieło Marcusa Poppa z OVAL. Czyli wiadomo, co nas czeka. Popp traktuje utwory jedynie jako pretekst do stworzenia kolejnych części swojej symfonii usterek i błędów. Tym razem trochę w stylu utworów z płyty „Dok”, więc nie do końca to, co w OVAL było najlepsze. OK ale bez rewelacji. Spring Heel Jack niestety nie docierają do rejonów rewelacyjności, jednak ich wersja eksperymentalnego drum’n’bass’u stanowi miłą odmianę po szaleństwach Marcusa (nie wierzę, że to napisałem – ja, zdeklarowany miłośnik OVALa…). Jim O’Rourke Vs Bedouin Ascent tym razem bardziej tradycyjnie w formie niż na „Rhythms…”, choć mam wrażenie, że eksperymentatorskie zapędy i zabawa dźwiękiem jakby przysłoniła fakt, że muzyka to coś więcej. Choć może to taka mocno eksperymentalna i cyfrowa odpowiedź na dub. Ale bardziej koncepcyjna niż chwytająca za serce, duszę i ciało. Coś jak kotlety sojowe – niby wiadomo, że zdrowe, ale ni cholery nie smakuje. Przedostatnie na płycie danie jest dziełem Luke’a Viberta. I wreszcie trafiony smak! Filmowy klimat całosci przenosi muzykę Tortoise w trochę inne rejony a breakbitowe rytmy niosą pewnie całość ujawniając po drodze głębię smaku. Kończący kartę dań Bundy K. Brown proponuje długi (ponad 11 minut) utwór, to leniwie płynący, to ruszający żwawiej. Szkoda, że umieszczony na końcu płyty, bo obok Viberta to jeden ze smaczniejszych kąsków na płycie.

Ogólnie „Remixed” wypada jak bogaty, ale jednak nie do końca dobrze skomponowany posiłek. Wiele róznych smaków, zróżncowane dania, choć każde przygotowywane w oderwaniu od pozostałych. Coś zasmakuje, coś nie. Natomiast „Rhythms, Resolutions And Clusters” to piękno prostoty smaku i jedzenia. Coś jak kromka dopiero co wyjętego z pieca chleba z domowym masłem i świeżą, wyhodowaną we własnym ogródku, rzodkiewką. Nie wiem, jak wy, ale ja mogę to jeść bez końca (no, prawie bez końca – czasami mogę zrobić przerwę na inne proste dania).

Przede mną najnowsza płyta Tomka Mirta. Znów (znaczy tak, jak jego wcześniejsze płyty) w kartonowej rozkładanej kopercie. I znów (patrz poprzedni nawias) ozdobiona jego rysunkami. Tym razem całość utrzymana w brązowo-złotej kolorystyce. Wydanie gustowne, choć bez fajerwerków dobrze zapowiada 48 minut muzyki zawartej na „Artificial Field Recordings”.

MIRT o swoje solowej twórczości pisze, że to muzyka oscylująca między organicznym lo-fi i ambientem a psychodelią w najszerszym rozumieniu tego słowa. Trafia w sedno sprawiając, że nie muszę się zastanawiać, jakimi drogowskazami się posłużyć. Żeby nie było, że tak na łatwiznę idę i tylko kopiuję czyjeś informacje jak większość dziennikarzy to od siebie dodam, że nagrania Mirta przenoszą mnie w sam środek gorącego lata (tak koło 16 sierpnia). Mocno świecące Słońce, ledwie wyczuwalny wiatr leniwie porusza wysokimi trawami, powietrze faluje od gorąca, nawet ptaki nie mają ochoty śpiewać. Panuje wczesnopopołudniowy bezruch. Siedzę na werandzie i sącząc jakiś orzeźwiający napój (oczywiście fair trade bez sztucznych barwników i konserwantów) patrzę na łąkę. W taką pogodę najchętniej robi się nic. I płyty Tomka są do tego doskonałym soundtrackiem.

Delikatne repetytywne struktury (brzmiące dość organicznie pomimo wyraźnych cyfrowych ‚brudów’) stanowią podstawę równie delikatnych wycieczek instrumentalnych zatopionych w leniwej aurze. Czasami pulsującej, czasami snującej się niespiesznie. W końcu mamy gorące sierpniowe popołudnie, a to nie czas na jakieś brewerie. Co prawda psychodelia w drogowskazie jest w najszerszym rozumieniu tego słowa, ale nie oczekujecie jakichś ciężkich tripów i narkotycznych wizji. To delikatne muśnięcia bardziej przypominające leniwie snujący się dym z papierosa lub kadzidełka (w sumie nie wiem, czy na blogu jest zakaz palenia, więc na wszelki wypadek dam alternatywę).

Już informacje prasowe przygotowały mnie na to, że tak naprawdę field recordingu na płycie nie ma zbyt wiele i w tym kontekście (również podążając za dość trafnymi informacjami – ale ja sobie tym razem ułatwiam) muzykę zawartą na płycie traktować można jako zapis wyimaginowanych krajobrazów. Bardzo pociągających. W zasadzie potrzebowałbym jeszcze tylko soundtracku do głównej wygranej w jakiejś kumulacji Lotto i mógłbym wyemigrować do świata stworzonego przez MIRTA.

Bardzo dobra muzyka, która nie próbuje udawać czegoś, czym nie jest. Bez napinania się, strojenia groźnych min i prężenia muskli a raczej jakby od niechcenia udaje się stworzyć MIRTOWI ciekawą przestrzeń, trochę jakby obok rzeczywistości. Moim zdaniem najlepsze z jego dotychczasowych solowych dokonań.

I jeszcze jedno – polecam słuchanie tej płyty na słuchawkach.

Płytę wydał CatSun

A kupić można np. w sklepie Monotype

p.s. I jeszcze jeśli można mieć takie życzenie do Mikołaja, to chciałbym doczekać płyty „Most” MIRTA na CD 🙂

Dzisiaj o bonusie (cię… 😉 ), który dostałem razem z zamówioną płytą ZAVOLOKI. Trochę może nieładnie z mojej strony pisać o tej płytce, bo jest ona bardzo ciężka do zdobycia, ale co tam. Niech żyje mój wewnętrzny snob! A i samo wydawnictwo jest na tyle ciekawe, że warto się trochę ‚pogimnastykować’, żeby je zdobyć. Jest to bowiem płyta, powstała we współpracy ukraińskiego wydawnictwa KVITNU z Instytutem Polskim w Kijowie z okazji polskiej prezydencji w Unii i zawiera (jak sam tytuł wskazuje) poczynione przez ukraińskich muzyków interpretacje twórczości Karola Szymanowskiego. Z racji tego, kto jest zleceniodawcą, prawie cały nakład płyty został przekazany Polskiemu Instytutowi do tzw. ‚rozdawnictwa’ i tylko niewielka część egzemplarzy została do dyspozycji wydawnictwa. Ale też do szczególnej dyspozycji, bo płyta ta nie może być sprzedawana i jest dodawana darmowo do każdego zamówienia, jakie złożone zostanie w internetowym sklepie KVITNU.
Zanim o muzyce, muszę wspomnieć o wydaniu, bo jest ono równie (a może nawet bardziej) wysmakowane co w przypadku płyty ZAVOLOKI. I (co za niespodzianka!) w tym przypadku projekt wyszedł spod ręki Katii Zavoloki (musi dziewczyna być na różnych polach uzdolniona). Tym razem kartonowe pudełko utrzymane jest w czarno-białej tonacji, ze srebrnym tłoczeniem tytułu i utrzymaną w szarościach wkładką, która prezentuje każdego zaangażowanego w projekt artystę. Zresztą, co ja będę dużo pisał, lepiej to zobaczyć:

Myths & Masks

Myths & Masks 2
A skupiając się na muzyce… Po pierwsze nie przepadam za tzw. muzyką klasyczną. Co więcej, przyznam się tu otwarcie, że nie mam pojęcia o twórczości ani ideach Karola Szymanowskiego. I co więcej, postawię sobie teraz pomnik indolencji pisząc, że nie mam wielkiej ochoty obecnie się z twórczością wielkiego rodaka zapoznawać (kiedyś może, bo wiadomo – ‚Never say never’).
Poczyniwszy takie wstępne założenia jedyne, co mi pozostaje to rozkoszować się (albo i nie) muzyką zawartą na płycie i słuchać, czy interpretacje idei i muzyki (jakie by one nie były 😉 ) Pana Karola skutkują czymś ciekawym (tu można by się zastanowić nad kwestią tego, na ile wiernie ktoś przełożył czyjeś myśli na swoją twórczość a na ile raczej je nagiął ‚pod siebie’, ale mi się nie chcę…). Czyniąc pierwsze przybliżenie do muzyki trzeba powiedzieć, że zebrani na płycie „Myths & Masks” artyści bez wyjątku poruszają się po rozległym poletku eksperymentalnej muzyki elektronicznej i są to zarówno postaci bardziej (A. Kiritchenko, ZAVOLOKA, KOTRA) jak i mniej znane (pozostała piątka).
Zaczyna DUNAYEWSKY69 i jego interpretacja ‚Andante – in modo d’una canzona’. Znaczy na początek dostajemy elektroniczne wykonanie jednego z utworów Szymanowskiego. Interesujące i ciekawe, choć bez estetycznego orgazmu. Znów (to ‚znów’ jest dla tych, ktorzy czytali mój wcześniejszy tekst o płycie ZAVOLOKI) użyte przez artystę brzmienia kojarzą się z Autechre a sama struktura utworu z niektórymi ich dokonaniami. Czyżby oni też po prostu grali swoje wersje muzyki Karola Szymanowskiego???


Następny na płycie NIKOLAIENKO, w swoim odczytaniu skupia się na różnorodności form występujących w muzyce kompozytora. Muzyka, bardziej (mimo wszystko) abstrakcyjna niż w przypadku literalnego odczytania kompozycji, w większym stopniu też do mnie trafia przenosząc w świat rozbłyskujących co chwilę w ciemności meteorów, przemierzających rubieże naszej atmosfery.


I tak, poprzez stopniowo narastające w poprzednich utworach napięcie, dochodzimy do pierwszego puntu szczytowego. Oto KOTRA i jego wyobrażenie, jak muzyka Szymanowskiego brzmiałaby dziś. Artysta, ktory pisze, że największą inspiracją dla niego było to, jak kompozytor potrafił włożyć tak dużo energii w tak niewiele prostych dźwięków podąża tym tropem, przetwarzając dźwięki wiolonczeli i fortepianu i tworząc szalenie przejmującą, choć prostą muzykę. Trafiony – zatopiony.
Następna w kolejności ZAVOLOKA również stara się wyobrazić sobie, jak Szymanowski tworzyłby muzykę w dzisiejszych czasach i przy użyciu współczesnej techniki. A że wyobraźnię ma nie-lichą a do tego doświadczenie i umiejętności na poziomie mistrzowskim, to dostajemy kolejną na płycie elektroakustyczną perłę a moje synapsy błagają o jeszcze…


V4W.ENKO (kto tym ludziom ksywy wymyśla?!), jak DUNAYEVSKY69 ‚pochyla się’ nad konkretnym utworem („Variations Opus 3′), a w zasadzie jego ostatnim akordem. Jego ‚pochył’ skutkuje dość psychodeliczną i psycho-aktywną podróżą wgłąb pęknięć w muzyce. Szlachetne, medytacyjne plateau po doznaniach, jakie serwowały 2 poprzednie utwory.
UJIF_NOTFOUND przedstawia dość zawikłaną i mocno wyszukaną opowieść o tym, jak wykorzystał i zinterpretował muzykę Karola Szymanowskiego. Niewiele z tego zrozumialem ale wykazałem się odwagą wystarczającą do wysluchania muzycznego efektu owych działań. Zbliżony momentami do dokonań COILa z „Time machines”, jednak bogatszy brzmieniowo i kompozycyjnie utwór, mimo niewątpliwego uroku ‚odbić światła w krysztale’ mnie nie zachwycił.


Alla Zagayevych,akademicko wykształcona kompozytorka ‚mocuje się’ z jednym z utworów cyklu „Myths for violin and piano” skupiając się na (co za niepsodzianka!) micie o wiecznym życiu. Wychodzi jej to znakomicie, z dużą dawką emocji, w czym niemały udział ma znakomity wiolonczelista i nagrania autentycznych ludowych muzyków. Czyżby trzeci szczyt? Tak! Tak! Tak!
Kończący płytę Andrey Kiritchenko należy do tych artystów, którzy przedstawiają swoje interpratacje utworów Szymanowskiego. Pieśń „Zarzij ze kuniu”, choć podskórnie rozedrgana stanowi uspokojenie po poprzednich 7 utworach – po zawierusze kurz opada, skrząc się w promieniach słońca. Piękna zakończenie płyty.
Świetna płyta przesiąknięta medytacyjną aurą. Spójna brzmieniowo (choć tu nie jestem w stanie stwierdzić, czy nie przez zabiegi masteringowe) i koncepcyjnie (mimo różnego podejścia każdego artysty), wymagająca od słuchacza skupienia, potrafi odwdzięczyć się artystycznymi doznaniami najwyższych lotów.
Dobrze się czasem przekonać, że nasze podatki idą nie tylko na całkowicie chybione przedsięwzięcia. I dlatego warto trochę się wysilić i zdobyć tę płytę, tym bardziej że pewnie większość nakładu trafi(ła) do osób, które jej nie przesłuchały ani razu albo raz i wyłączyły po 2 minutach…
Klasykę w takim wydaniu to ja lubię!

ZAVOLOKA „Vedana”

Vedana is an ancient Ukrainian woman name.
Vedana is the pure sensation without emotions.
Vedana perceives the world through intuitive insight.
Vedana flows, melts, drips, crashes.
Vedana knows.
Dive.

Katię Zavolokę poznałem kilka lat temu w Kijowie podczas trasy UNSOUND ON TOUR. Zdobywała wtedy coraz większe uznanie jako twórczyni eksperymentalnej muzyki elektronicznej. Nabyłem wtedy jej płytę „Plavyna”, spodobało mi się i… i tyle w zasadzie :-).
Ostatnio trafiłem na stronę KVITNU, małej (acz bardzo zacnej) wytwórni, w której swoje płyty wydaje m.in. ZAVOLOKA i… i stwierdziłem, że czas sprawdzić, co teraz robi Katia. Kupiłem nową (stosunkowo nową – wydaną w kwietniu 2011) płytę „Vedana”. Ku mojej radości wraz z zamówieniem (które dotarło w ekspresowym tempie) dostałem szczególnego gratisa, o którym w następnym wpisie, a teraz wróćmy do sedna meritum ad rem.
Pierwsze, co zwraca uwagę, to rewelacyjne wydanie (zaprojektowane przez samą Katię Zavolokę). Płyta schowana jest w sześciokątnym kartonowym pudełku z obrazem płatka śniegu na okładce. Jest to tym bardziej ‚na miejscu’, że płyta „Vedana” stanowi jedną z części cyklu poświęconego czterem żywiołom. Zgadnijcie któremu żywiołowi poświęcona jest „Vedana”?

ZAVOLOKA "Vedana"

Zaczyna się utworem, który mógłby być trade-markiem ZAVOLOKI – wpadającym w elektroniczne czeluści przetworzonym tradycyjnym ukraińskim śpiewem. Muzyka jest pewną niespodzianką dla mnie – lokuje się blisko dokonań AUTECHRE. Co prawda nie śledziłem dokładnie twórczości Katii, ale wcześniejsze płyty sadowiły się dość daleko od estetyki eksplorowanej przez wspomniany angielski duet. Na dodatek jej twórczość była bardzo gęsta, esencjonalna i eksperymentalna, wymagająca od słuchacza skupienia i podążania za kompozycją. Żadnego odkurzania czy mycia okien przy słuchaniu ;-). Tutaj nie to, że jakaś popelina i lanie wody (sic!), ale można powiedzieć o muzyce na płycie „Vedana”, że jest relaksująca (mimo że jest to dość specyficzny relaks).
Jak wcześniej pisałem, twórczość AUTECHRE (z różnych faz ich rozwoju, choć chyba bardziej z okresu, kiedy zaczęli już brzmieć ‚metalicznie’) jest dobrym drogowskazem, na szczęście doświadczenie, klasa i myślę że również pochodzenie pozwalają ZAVOLOCE uniknąć posądzeń o nędzne ctrl+c, ctrl+v i wypłynąć na szerokie wody (sic!) twórczości naznaczonej jej własną wrażliwością i kreatywnością.
„Vedana” to bardzo spójna płyta – nie ma słabszych utworów, momentów jakichś odpuszczeń. A gdybym miał którąś z kompozycji z kolei wyróżnić, to… codziennie mam innych faworytów. Może tylko rozpoczynający płytę ‚Splendent Viscid Fluid’ znalazłby się w każdym zestawieniu i myślę, że byłoby dobrze, gdyby Katia Zavoloka częściej sięgała po tradycyjne ukraińskie śpiewy celem ich inkorporacji w płynną (sic!) strukturę swojej muzyki.
Uwielbiam albumy koncepcyjne ale zawsze z pewną rezerwą podchodzę do płyt podporządkowanych pewnej idei. W przypadku „Vedany” na szczęście nie służy ona zamaskowaniu mielizn (sic!) i nudy muzyki. Dzięki skojarzeniu muzyki z wodą i próby oddania najróżniejszych jej stanów za pomocą dźwięku możemy posłuchać wysoce nieoczywistej interpretacji tego (mojego ulubionego) żywiołu.
Polecam!

Strona internetowa ZAVOLOKI: ZAVOLOKA

Strona internetowa KVITNU: KVITNU

p.s. czy wspominałem, że kiedyć ZAVOLOKA zrobiła remiks mojego utworu? 😉

Tym razem o sobie (sam byłem ciekaw, kiedy to nastąpi). Nowa płyta, nowy rozdział, nowa energia i nowe penetrowane rejony.

 
Maciek Szymczuk & Slowtion "Ways" Zoharum Records 2011
13 grudnia 2011 (co za piękna data!) ukaże się nakładem Zoharum Records moja nowa płyta, nagrana wspólnie z angielskim gitarzystą Julianem Coope, ‚ukrywającym się’ za pseudonimem SLOWTION i Joanną Kustwan-Szymczuk na wokalu.

Z Julianem ‚spotkaliśmy się’ na japońskim winylu – limitowanej składance z bardzo dziwnymi wykonawcami i bardzo dziwną muzyką (V.A. „Appliance 3: For Commercial or Domestic Use”). Jego utwór podobał mi się najbardziej, więc postanowiłem wysłać mu maila. Zanim się obejrzałem, już planowaliśmy kolaborację. Po drodze poprosiłem go o remiks mojego utworu. Zaskoczył mnie dostarczając całą płytę autorskich interpretacji. Bardzo dobrych interpretacji. Mam nadzieję, że usłyszy je kiedyś więcej osób.

Płyta „Ways” powstała dość szybko i sprawnie a jej brzmienie zostało wypieszczone przez Kubę Łukę. Starałem się zachować rozmarzony klimat nagrań SLOWTIONA i dodać do tego moje ‚coś’. Jako że był to czas, w którym pojawiało się dużo pytań, wyborów i rozmaitych możliwości, muzyka prawie naturalnie i bez mojego udziału ułożyła się w podróż. Podróż ludnymi oraz opuszczonymi szlakami, pełnymi snów i miraży, w poszukiwaniu… No właśnie – czego? To może niech zostanie moją tajemnicą…

Wątpliwości narastają, drogi robią się coraz bardziej kręte i zarośnięte, wyprawa zmierza donikąd… I w tym miejscu pojawiają się Maciej Mehring i Michał Porwet i ich ZOHARUM RECORDS. Sprawy toczą się szybko i sprawnie i już we wtorek 13 grudnia nagrania z podróży ukażą się w gustownym, zaprojektowanym przez Maćka, opakowaniu i będzie można posłuchać mojego ‚dziennika z podróży’.

Już można dokonać przedpremierowego zakupu płyty po niższej cenie w sklepie ALCHEMBRIA.

A przy okazji działań promocyjnych odkryłem w sobie pociąg do ‚sztuki’ filmowej i postanowiłem samodzielnie ozdobić swoją muzykę jakimś obrazem. Jako niepoprawny miłośnik starych filmów, z naciskiem na stare kino SF klasy D i dalszych ;-), postanowiłem ‚przykroić’ kilka co fajniejszych obrazów do moich potrzeb. Moje pierwsze próby można już oglądać tu:

Klip do utworu „The Edge Of The Forest” – wersja 1:

 

Klip do utworu „The Edge Of The Forest” – wersja 2:

 

Klip do utworu „The Night Has Come”:

 

W przyszłości mam zamiar popisać się kolejnymi wstrząsającymi i niesamowitymi obrazami ilustrującymi moje muzyczne dokonania 🙂

Na koniec mały quiz – pierwsze osoby, które zgadną, z jakich filmów są to ujęcia, wygrywają egzemplarze „Ways”:-)

p.s. Na jeszcze jeden koniec, bonusowo kolejny utwór z „Ways” w minimalistycznej wersji video:

 

Dla mnie płyta – arcydzieło. Jedna z płyt-ikon wczesnego 4AD i na dodatek pozycja, która się nie zestarzała. Nagrana przez klawiszowca CLAN OF XYMOX (który firmuje swoim nazwiskiem wszystkie kompozycje) oraz pomagającego mu gitarzystę Michaela Brook’a płyta do dzisiaj zniewala swoim urokiem, mieniąc się nastrojami niczym skrząca się słonecznymi odblaskami woda (że tak karkołomnie nawiążę do tytułu).

Zaczynając od sugestywnego tytułu, przez nieoczywistą okładkę (niezawodny „nadworny projektant 4AD” Vaughan Oliver z 23 Envelope) aż do najważniejszej w tym zestawieniu muzyki, wszystko utrzymuje nas w trochę nierzeczywistym, śnionym klimacie. Głównie syntezatorowe miniatury, w których częstymi ‚gośćmi’ są jednakże gitara, instrumenty smyczkowe i fortepian, zdają się być komponowane i nagrywane w stanie rozmarzenia i zapatrzenia. Nic nie dzieje się naprawdę, wszystko jest tylko snem. Wyjątkowo spokojnym i uroczym.

Na szczęście utwory z tej płyty nie mają w sobie ani grama lukru czy taniej ładności, którą próbują nam wciskać różnoracy samozwańczy eksperci od muzyki medytacyjnej czy innego new age. To zatrzymane w muzyce chwile odcięcia się od życia i zanurzenia w… no właśnie, w czym? W czymś tak nierzeczywistym, zmiennym i nieuchwytnym, że po ocknięciu nie potrafimy powiedzieć, gdzie byliśmy ale wiemy, że było pięknie.

Jedna z najlepszych ambientowych płyt, jakie w życiu słyszałem. Doskonała zwłaszcza na wieczór, choć każdą inną porę uczyni w kilka chwil spokojniejszą i mniej… przyziemną.

Niestety Pieter Nooten już nigdy (znaczy do listopada 2011 roku) nie nagrał płyty, która mogłaby dorównać „Sleeps With The Fishes”, nie mówiąc o stworzeniu doskonalszego dzieła. Ale biorąc pod uwagę tryliony artystów, którym nie udaje się stworzyć choćby jednej takiej płyty (dzięki, Olek, za perspektywę!), nagranie tylko jednej jedynej TAKIEJ płyty wystarczy na postawienie małego ołtarzyka w moim prywatnym muzycznym panteonie.

Nooo, panie, jak Faust przyjeżdża do Katowic na koncert w ramach Festiwalu „Ars Cameralis” to trzeba iść! Blisko, bilet niedrogi, nawet środek tygodnia nie odstrasza.

Nie ukrywam, że dużo bardziej wolę stare, ‚klasyczne’ płyty FAUSTA, niż ich współczesne dokonania. Ale cóż, urodziłem się za późno i nie w tym kraju, żeby zobaczyć ich koncert w latach 70-tych, więc nie narzekam. Obecnie, jak chyba wszyscy wiedzą, grają w 4-osobowym składzie (odpuszczam sobie rozważania o 2 składach FAUSTA istniejących obecnie – omawianym tu i tym drugim, w którym gra Irmler): Werner Zappi Diermaier i Jean-Hevre Peron (to ‚klasyka’) oraz Geraldine Swayne i James Johnston (‚świeżyzna’).

Przed FAUSTEM wystąpił support… i na tym poprzestanę. A koncert gwiazdy był… dziwny. Zaczęło się jak coś w rodzaju performance’u esperymentalnej grupy poetyckiej, by przejść w mocne transowe łojenie (z widowiskowo gibającym i tarzającym się po scenie gitarzystą Jamesem). Następnie nastrój zaczął powoli siadać i najniższy punkt został osiągnięty w trakcie tworzenia na żywo wielkiego obrazu (przy użyciu betoniarki i kamyków, którymi się czasami elewację domów posypuje). Niestety nie dopchałem się na tyle, żeby zobaczyć, co przedstawiał, a na dodatek zaraz po akcie tworzenia został zniszczony.

Po tym twórczym katharsis (głównie Jean-Herve’a, bo publiczność starała się nie zostać obsypana cementem i jednocześnie zobaczyć jak najwięcej z owego twórczego aktu) koncert nabrał rumieńców i w odpowiednim tempie ‚dokulał’ się do końca. Widać było, że muzycy doskonale się bawią i wkładają dużo energii w granie. Czasami jednak pojawiały się dość błahe (vide „Tell the bitch to go home”) tematy, jak żywcem podsłuchane u grających swoje pierwsze próby w piwnicy nastolatków. Charyzma, doświadczenie i energia zespołu sprawiały, że i z nimi muzycy sobie radzili (a zgromadzona publiczność je ‚kupowała’), jednak niebezpiecznie blisko było tym momentom do grania oczywistych oczywistości.

‚J’ai Mal Aux Dents’ – bodaj jedyna ‚staroć’ zagrana podczas koncertu w Katowicach

 

Jeszcze pozostając przy performerskim wymiarze koncertu, to w pewnej chwili po sali zaczęły przemieszczać się dziewoje z wielkim workiem wypchanym suchymi liśćmi, rozrzucając je tu i ówdzie (te liście). Co któreś rozrzucenie wyjmowały z rzeczonego wora DVD FAUSTA „Trial And Error” i wręczały zaskoczonemu słuchaczowi. Za całowitą darmochę. I ja zostałem jednym ze szczęśliwców, którzy zostali obdarowani tym DVD, za co zespołowi bardzo dziękuję :-). Stwierdziłem, że obejrzenie go będzie doskonałym dopełnieniem koncertu i nie śpiesząc się, postanowiłem go jak najszybciej zobaczyć.

Obejrzałem i… w zasadzie to nie wiem, jak się do tego odnieść. Może zacznę od części dla wtajemniczonych: to jest wypisz-wymaluj wczesna Klaustrofobia. Panowie Peron i Diermaier bawią się w najlepsze, serwując nam eksperymenty muzyczne i wizyjne. I pewnie dałoby się to znieść (a nawet zachwycić), gdyby nie to, że są one… koszmarnie złe. Brzmią i wyglądają jak zrobione przez 10-letnie dziecko, które od tygodnia ma komputer. Muzyka waha się od kompletnych nieporozumień (vide otwierająca zestaw piosenka ‚Marilyn’), przez około-industrialne zabawy (chociażby w takim ‚Deichmarsch’) i archiwalne zapisy eksperymentów z czasów ‚starego Fausta’ (rok 1972) do prawie-porywających wersji ‚Rainy Day’ i  ‚Abamae’ z repertuaru Fausta oraz ‚Rondo In The Kitchen’ z repertuaru ULAN BATOR. No właśnie – ‚prawie’, bo Zappi Diermaier najwyraźniej postanowił pobawić się pluginami jakiegoś programu do edycji audio i w efekcie dostajemy zmasakrowaną brzmieniową muzykę. Ale zmasakrowaną w sposób: „hm, co to za efekt? ciekawe, jak brzmi?”, czyli bez wyraźnego planu i celu. Niestey video dotrzymuje kroku ‚zaawansowanej’ obróbce audio i nasze oczy oglądają coś jak kolekcję efektów ze starych taśm ślubnych połączoną z badaniem możliwości taniutkiego edytora video. Dodając do tego w 95% nieciekawe ujęcia (mój faworyt to położona na podłodze kamera i muzycy przechadzający się przed nią w kapciach) mamy w efekcie (sic!) mieszankę wybuchową.

Ja rozumiem, że muzycy się pewnie dobrze bawili tworząc to DVD (zresztą w jednym ujęciu widzimy ich rozkosznie błaznujących), jednak efekt jest niestety mało interesujący. I to nawet przy oglądaniu tego DVD z przymrużeniem oka. A już za brzmieniowe skopanie „Rondo in the kitchen” to Zappi’emu należy się solidne manto linijką po łapach…

p.s. szukając plusów owego DVD trzeba powiedzieć, że jest ładnie wydane. I tyle.